Tajemnice Bajkału - spotkanie z buriackim szamanizmem. Cz.I

Półwysep Rytyj.

Święty Bajkał ma swoje tajemnice. Zdecydowanie wymykają się one  klasycznemu opisowi współczesnej wiedzy naukowej, a tym samym mocniej rozbudzają ludzką wyobraźnię . Jedną z takich tajemnic jest Półwysep Rytyj. Znajduje się on w środkowej części zachodniego wybrzeża Bajkału. Według tutejszych szamanów jest to ziemia przeklęta. Ludzie nie mają na nią wstępu. Złamanie tego tabu może mieć poważne konsekwencje. Stare legendy opowiadają, że w pradawnych czasach było to miejsce zmagań odwiecznych wrogów. Czarnych i białych szamanów. W trakcie długotrwałej i wyczerpującej bitwy toczonej na błyskawice przebudzili oni śpiącego ducha tej ziemi.
Od tamtej pory ludzie omijali to miejsce, a ci którzy przypadkiem tam trafili ginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. Historie o tajemniczych zjawiskach, zaginięciach ludzi, dziwnych światłach w tym rejonie, a nawet spotkaniach z UFO od wieków krążą po całym Bajkale. Przygotowując się do swojej pierwszej wyprawy nad Święte Morze, jak nazywają Bajkał Buriaci, czytałem na ten temat wiele artykułów w rosyjskiej prasie. Badania naukowe przeprowadzane przez różne ekspedycje nie wykazały tam żadnych anomalii ani podwyższonego promieniowania.



A jednak wszyscy uczestnicy tych badań mówią zgodnie o atmosferze  tajemniczości
i niesamowitym, pełnym grozy klimacie tego miejsca. Będąc już nad Bajkałem od różnych ludzi i w różnych miejscach nasłuchaliśmy się takich opowieści. Niektóre wywoływały w nas przysłowiową „gęsią skorkę”. Płynąc kutrem w Zatoce  Czywirkujskiej do gorących źródeł nasz kapitan 80 letni Wasilij, który Bajkał znał jak własną kieszeń opowiadał, że czasami kiedy przepływał w pobliżu półwyspu jego urządzenia pokładowe przestawały funkcjonować. Ten stary Wilk Morski nie należał do ludzi bojaźliwych, ale na wszelki wypadek odprawiał szamański rytuał bryzgania i powierzał się opiece Wielkiemu Duchowi Bajkału. Właściciele małej bazy turystycznej na Olhonie, gdzie mieszkaliśmy przez parę dni, też opowiadali nam różne historie związane z Półwyspem Rytyj. Najciekawsze było to, że o zakłóceniach urządzeń pokładowych w samolocie wspominał im pilot wojskowy, który wielokrotnie latał w tamtym rejonie. Walentyn Chagdajew, miejscowy  szaman, który wtajemniczał nas w świat buriackiego szamanizmu określił to miejsce jako święte ze świętych. Jeśli je odwiedzał to tylko po to by złożyć ofiarę duchowi tej ziemi.



Podczas mojej drugiej wyprawy w 2009 roku zakomunikowałem Walentynowi, że mamy w planach dotarcie do Gór Bajkalskich w okolicach źródeł  rzeki Leny i przy okazji odwiedzić również osławiony półwysep. Był pod wrażeniem, ale również trochę się tą wiadomością przejął.



W dwa dni po zakończeniu  jubileuszu  50 urodzin Walentyna Chagdajewa, na którym byliśmy honorowymi gośćmi wyruszyliśmy na północ Bajkału do osady Pakojniki. Wystartowaliśmy z Jelency, rodzinnej miejscowości naszego zaprzyjaźnionego szamana. Do przejechania mamy około 120 kilometrów wzdłuż zachodniego wybrzeża Bajkału do małej rybackiej wioski, gdzie kończy się nasza lądowa podróż. Tam też kończy się droga
i ostatni bastion ludzkiej cywilizacji. Dalej to już tylko tajga, góry, niedźwiedzie i wilki.



Jedziemy starą, przerobioną na użytek własny karetką pogotowia. Taki UŁAZ 10 osobowy. Jest nas czterech plus kierowca i 200 litrowa beczka benzyny do motorówki, którą miał nas zabrać znajomy Walentyna. Podróż trwała 12 godzin. Do celu dojechaliśmy o wschodzie słońca. Nasz kierowca, Buriat o imieniu Edward znał tą drogę bardzo dobrze. Przez kilka lat pracował w pogotowiu ratunkowym i wielokrotnie tą trasę pokonywał. Teraz, jak ktoś zaprasza mnie na przejażdżkę terenowym samochodem po tak zwanym „terenie”, to po tym syberyjskim rajdzie w tę i z powrotem już mi to nie imponuje.



Nocna jazda przez góry i tajgę, przez potoki, bagna, po kamiennych schodach i na dodatek z beczką benzyny zatkaną gazetą i torebką foliową to był prawdziwy off road.
Jakby tego było mało, to dołożymy jeszcze scenerię płonącej tajgi i pomarańczowe, rozświetlające mrok nocy światło języków ognia wysoko w górach. Kiedy dojechaliśmy w pierwszych promieniach słońca nasze wnętrzności wywrócone były na drugą stronę, a my śmierdzieliśmy benzyną jak byśmy się w niej wykąpali.
Na przystani czekał już na nas Aleksander. Nasz nowy gospodarz, przewodnik i kapitan.



Do celu nie dopłynęliśmy ponieważ złamana została kardynalna zasada. Na Bajkale się nie gwiżdże!!! Duch Bajkału się wkurzył. Utknęliśmy po drodze. Nie żałowaliśmy tej zmiany. Być może Duchy, które miały nas prowadzić miały dla nas zupełnie inne plany. 
Po raz pierwszy "Kantor" zagwizdał, gdy zobaczył jak odpalił japoński silnik. Siedzieliśmy już wszyscy w tej łupince, którą mieliśmy przepłynąć około 50 kilometrów. Kapitan odwrócił się do niego i zwrócił mu stanowczo uwagę - więcej tego nie rób.
Płyniemy po jeziorze gładkim jak lustro. Niebo przegląda się w jego tafli. Widoki zapierają dech w płucach. "Kantor" nie wytrzymał i znowu zagwizdał. Nasz kapitan przeklął siarczyście. Spojrzał na niego i prawie zabił go wzrokiem. Zgasił silnik i na coś czekał. Po chwili wszystko się wyjaśniło. Zobaczyliśmy zbliżającą się w naszą stronę dużą, pojedynczą falę. Zrobiło się nam nieswojo w momencie jak w nas uderzyła. Kapitan pomruczał coś pod nosem i włączył silnik. Jeszcze raz groźnie spojrzał na "Kantora". To nie żarty. Zrób to jeszcze to ci .... - powiedział przez zaciśnięte zęby. Zrobiło się nieprzyjemnie, a przed nami było jeszcze ponad 30 kilometrów. Zaczęliśmy rozmawiać między sobą żeby rozładować sytuację. Poczuliśmy zimno, więc pochowaliśmy nosy w kurtki i wcisnęliśmy mocniej czapki, żeby ich nie zwiało.
Wciąż podziwiamy wspaniałe widoki. Robimy zdjęcia i filmujemy. Wydawało się już, że sytuacja jest opanowana. Mijamy brzeg na którym pasą się dzikie konie. "Kantor" nie wytrzymał. Zagwizdał po raz trzeci. Kapitan na szczęście nie usłyszał. Usłyszał jednak Duch Bajkału. Nie minęła minuta, jak usłyszeliśmy wyraźny zgrzyt i mocno nami szarpnęło. Silnik wciąż pracował na wysokich obrotach, ale nasza łódka straciła prędkość. Kapitan skierował ją do najbliższego brzegu. Wciąż zwalnialiśmy. Po chwili ujrzeliśmy jakieś zabudowania i krzątających się na brzegu ludzi. Szczęście w nieszczęściu. Minęło jeszcze kilka minut i nasza łupinka z japońskim silnikiem dotknęła brzegu. Odetchnęliśmy z ulgą. To zbawienne dla nas miejsce okazało się siedzibą Bajkalsko - Leńskiego Parku Narodowego. Zatoka Brunatnych Niedźwiedzi.




    CDN

Wpisy

Spojrzałem na Google i znalazłem panoramę jeziora Bajkał. choć są rosyjskie. Aby zobaczyć panoramę trzeba kliknąć na odcinku w pierwszym zdjęciu. Wspaniałe widoki. baikal360.org

Dodaj wpis

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie.

Kontakt

Dąbrowscy - Centrum Masażu Leczniczego

ul. DRAWSKA 23 lok. 12
02-202 Warszawa

pon-pt 9-20:30

tel. 22 844-10-67

sms.+48669428676

   info@dabrowscymasaze.pl

 

Odwiedź nas

Masz pytania?

Chcesz się umówić na wizytę?

Napisz do nas

Projekt i wykonanie Netmax